W POGONI ZA AKCEPTACJĄ

Zobaczyłam i zrozumiałam dziś bardzo ważną dla mnie rzecz. Nie wiem, czy jestem w tym odosobniona czy nie, ale podzielę się tym, bo może ktoś odnajdzie w tym podobieństwo do swojego życia.

Od dawna czuję, że sposób w jaki żyję jest niewspółmiernie mały i szary w porównaniu z tym jak mogłabym żyć, gdybym wykorzystała pełen swój potencjał - potencjał, który czasami udaje mi się poczuć. Ostatnio czuję ten mój potencjał bardziej jako wspomnienie po czymś co kiedyś miałam. Taki ślad zapachowy. Ujrzałam, że nie mam już energii i inicjatywy na wielkie życie z rozmachem. Po prostu nie mam siły, a jednocześnie mam świadomość że mogłabym żyć inaczej. Jakby nie było połączenia między mną a moim potencjałem. Tu jestem ja, a tam gdzieś, jest mój potencjał i nie mamy ze sobą nic wspólnego.

Zapragnęłam to zrozumieć, i to co zobaczyłam i poczułam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Na własne życzenie pokroiłam swój potencjał i swoją siłe niczym tort i rozdałam go innym nie zostawiając sobie nic oprócz pustego talerza. Różne sytuacje i okresy mojego życia zaczęły pojawiać się i ukazywać w nowym świetle.

Był taki okres w moim życiu, gdy miałam około 20-23 lata i czułam się bardzo samotna i odtrącona przez wszystkich i wszystko. Tak bardzo chciałam, żeby ludzie mnie lubili, aby znalazł się mężczyzna który mnie pokocha, pragnęłam by ludzie mnie akceptowali, marzyłam o tym by przynależeć do jakiejś grupy. Oczywiście teraz wiem, że tak naprawdę, to ja siebie nie akceptowałam, nie lubiłam, nie kochałam i to ja siebie odtrąciłam - ale wtedy o tym nie wiedziałam, wtedy zrobiłabym wszystko aby poczuć związek z drugim człowiekiem, poczuć jedność z innymi, by poczuć się równa i zasługująca. Pragnęłam tego tak bardzo, że zaczęłam rozdawać siebie. Nie wiem jak to wykonywałam fizycznie - ale teraz widzę ten cały proces energetycznie. Pokroiłam siebie na kawałki niczym tort. Potem brałam kawałek i dawałam go, czasem nawet na siłę, osobie na przyjaźni której mi zależało. Teraz tak sobie kombinuję, że może skoro nikt nie chciał się związać ze mną – to postanowiłam związać te osoby ze sobą. Starałam się być lekiem na całe zło. Koleżankom na studiach pomagałam w nauce. Wszystkim służyłam radą i pomocą. Starałam się być niezastąpionym czy to wspomagaczem, czy nauczycielką, rozśmieszającą, doradcą, załatwiającym. Oh, jak ja się starałam.

Ponieważ nie zrobiłam tego najważniejszego, czyli sama sobie nie dałam tego co chciałam dostać od innych, wcale nie czułam się lepiej. Dawałam sobie fałszywe poczucie, że jestem akceptowana, pożądana ale wcale nie czułam sie lepiej, bo inni nie mogli mi dać tego czego od nich chciałam. Dla innych im bardziej się starałam, tym „dziwniejsza” byłam, czasem nawet bywałam żałosna w tym staraniu, często byłam dziewczynką do bicia, śmiali się ze nie za moimi plecami. Wiedziałam o tym przez cały czas, ale oszukiwałam się, że mam w końcu akceptacje innych, bo spędzali że mną trochę czasu i dawali mi ociupinę uwagi a wiec i energii.

Nie mam tym ludziom tego za złe, bo kto by pogardził ochotnikiem który wszystko pozałatwia, pomoże i wyręczy – bo tak to wyglądało na planie fizycznym. Energetycznie wyglądało to tak, że dawałam tym ludziom kawałki mojego tortu które były dla nich dodatkową energią, turbodoładowaniem - tym, czego ja teraz potrzebuje dla siebie. W ten sposób nauczyłam się inwestować moją energie w sprawy, które nie mają pomóc mi a mają pomoc innym.

W pewnym momencie dałam sobie to czego tak bardzo potrzebowałam – dałam sobie akceptację, miłość i polubiłam siebie. Nie nauczyłam się natomiast przekierunkowywania inicjatywy. Nigdy przez całe moje życie nie zrobiłam nic, co miałoby intencje - „dla mojego własnego dobra”. Nie umiem robić nic dla siebie. Wciąż rozdaję siebie innym. Teraz działa mi się najlepiej dla innych, mam energie dla innych, ale nie dla siebie. Dla innych mam wiele pomysłów, ale w stosunku do siebie jestem bezradna. Dla siebie nie chce mi sie ruszyć palcem, dla innych jestem gotowa do działania.

W każdym kontakcie z drugą osobą wymieniamy sie energią. To naturalny proces. Podczas całego mojego życia, wielokrotnie starałam się zdobyć akceptację od innych, poświecając siebie i robiąc wszystko pod innych. Ale ten okres, gdy mialam 20-23 lata, byl inny z powodu desperacji i intensywnosci tego procesu. Wtedy fizycznie się rozdałam – albo może tylko tak sie zakodowałam, albo odciełam od czegoś tak bardzo, że czuję to fizycznie. Od tamtej pory czułam się pusta, czułam, że nie mam już tego co pozwałałoby mi odnieść sukces, zaistnieć, nie miałam motywacji ani siły do wcielenia w życie przychodzących do mnie pomysłów.

Ten okres, gdy miałam 20 lat, był dla mnie bardzo mocnym i ważnym okresem. Czuję, że wtedy rozdałam siebie fizycznie i permanentnie. Dziś zobaczyłam osoby z tamtego okresu którym rozdałam siebie. Zobaczyłam, że te osoby wciąż czerpią energię z tego co miałam najlepsze, wciąż mają w sobie kawałek mojego tortu, kawałek mnie. W sukcesie co poniektórych osób poczułam siebie. Na dowód tej teori, gdy tylko zaczęłam się oczyszczać ,dostałam kilka wiadomości od osób, którym wtedy oddałam siebie. Dotarło do mnie jak wiele osób nosiłam na swoich plecach niczym muł. Muł, który tak wiele dał innym, że nie miał już siły zająć się sobą.

Nie wiem jak mam to wyjaśnić – bo umysł podpowiada mi, że jest to niewykonalne i że ktoś może postukać się w głowę, jak to przeczyta. Ale tak to czuję i wiem, że wtedy rozdałam swój potencjał. Może miało to miejsce tylko w mojej głowie i może tylko oszukiwałam siebie, że ten potencjał rozdałam, ale miało to fizyczne przełożenie na moje życie. Dziś poczułam jak bardzo wypalona się czuję. Poczułam te osoby które wciąż posiadają kawałek mego tortu – i nie twierdzę że dla nich też był to tort – może odczuwały to jako kamień który ode mnie dostały i który musiały przez lata dźwigać.

Dziś postanowiłam odebrać im kawałki tego tortu. Nagle zaczęły przychodzić do mnie osoby z tamtego okresu w moim życiu i odbierałam im rozdane kawałki siebie. Po kolei kładłam je na talerzu. Widziałam jak, z każdą osobą, pojawiają się na talerzu kolejne kawałki mnie, wypełniają pusty tależ i wyraźnie poczułam, gdy otrzymałam spowrotem ostatni kawałek siebie. Gdy tort stał się całością poczułam siłę. Oh, jaką siłę ja poczułam. Od lat się tak nie czułam.

Jakiś czas temu wykonałam podobne ćwiczenie w którym oddawałam innym energię, którą od nich dostałam i zabierałam im energie, którą im dałam. Tym razem ponownie zebrałam w sobie rozdany innym: mój potencjał, moją siłe, inicjatywę i motywację.

Czy napędzają cię do życia kontakty z innymi? Czy czujesz, że żyjesz tylko gdy masz kontakt z innymi ludzmi?
Jak się czujesz sam na sam ze sobą, gdy nie musisz pracować, gdy masz czas wolny? Czy unikasz takich chwil?
Czy masz inicjatywę by robić coś dla siebie? Zorganizować wycieczkę tylko dla siebie?
Czy robisz rzeczy które lubisz mimo, że nikt inny nie chce ci w tym towarzyszyc? Czy wybierasz czekanie na towarzystwo by zrobić coś czego pragniesz?
Czy pomagasz innym w tym samym stopniu w jakim pomagasz sobie? Czy dla innych robisz wiecej niż dla siebie?
Czy według ciebie, koncentracja na sobie jest dobra czy zła?
Czy wiesz, że nie jesteś w stanie prawdziwie pomóc drugiej osobie, jeśli najpierw nie pomożesz sobie?